
Po zakończeniu działań wojennych Ministerstwo Obrony Narodowej i polskie władze cywilne zdecydowały o kontynuowaniu poszukiwań i zabezpieczeniu zasobów porzuconych na polach bitew. Głównym powodem podjęcia tego typu działań nie była już konieczność uzupełnienia braków i doposażenia polskiej armii. Ponieważ przemysł wydobywczy nie zdążył jeszcze odzyskać swojego potencjału – m.in. z uwagi na braki w parku maszynowym, niedobór surowców i ograniczone moce produkcyjne – głównym źródłem pozyskiwania stali były pola bitew. Z uwagi na charakter tej operacji zadanie zabezpieczenia „wojennego złomu” powierzono Zarządowi Zdobyczy Wojennych Wojska Polskiego. Już w połowie 1945 roku do dowództwa zaczęły napływać raporty z rozpoznania terenowego – dowodzą one skali prowadzonych działań. W czerwcu Szef Zarządu Zdobyczy Wojennych WP otrzymał sprawozdanie z rozpoznania terenu Poznania. Tylko na ulicy Focha zabezpieczono 23 czołgi „w różnym stanie technicznym”. W innych rejonach miasta odnaleziono kolejne 18 czołgów i kilkadziesiąt pojazdów ciężarowych. W lesie koło wsi Kopalina również natrafiono na czołg, w Swarzędzu stały 2 sztuki T-34, kilkanaście samochodów ciężarowych oraz kolejne pojazdy i działa. W Kobylimpolu zabezpieczono 7 czołgów radzieckich i 80 dział polowych, a we wsi Rozalin 5 radzieckich czołgów T-34. Ogółem na terenie Poznania odnaleziono „1797 ton złomu metalowego (czołgi, samochody itp.)”, a w okolicy zajęto kolejnych 500 ton surowca. W czerwcu 1945 roku rozpoczęto również zwożenie dużych ilości złomu ze składów w rejonie Warszawy – Wołomina, Radzymina, Rembertowa, Jabłonnej, Nowego Dworu. W lipcu poszerzono zasięg działania Oddziału Zdobyczy Wojennych o cały obszar Mazowsza. Sprawozdania napływające z terenu dowodziły, że w ramach prowadzonych prac zebrano 29 420 tony stali. Dane przekazane dowództwu nie były ostateczne – uznano je za „przypuszczalne – prawie we wszystkich tych rejonach na bocznych drogach polnych i leśnych znajduje się sporo ciężkiej techniki jak czołgi, tankietki, części ze spalonych samochodów i drobnego złomu metalowego”1. Lipiec przyniósł kolejne informacje o wrakach sprzętu porzuconego na terenie Mazowsza – przeliczano go już wtedy na tony i planowano pośpieszną zwózkę do hut. Dla przykładu w powiecie ciechanowskim zgromadzono ponad 37 000 ton złomu, na który składały się m.in. „w większej ilości czołgi, tankietki, działa i części samolotowe przeważnie pochodzenia niemieckiego”2. W trakcie prowadzonej operacji odnotowywano kolejne doniesienia wskazujące na nowe lokalizacje, w których stały porzucone lub zniszczone pojazdy pancerne – nawet jeśli nie były potwierdzone przez wiarygodne czynniki. Czasami pozyskane informacje wskazywały na duże skupiska sprzętu – np. koło Gościejewa (dziś powiat makowski) miało się znajdować aż 20 wraków różnego rodzaju czołgów.
Poszukiwania sprzętu porzuconego w ostatnich tygodniach wojny prowadzono niemalże na terenie całego kraju – również na Wybrzeżu. W tym przypadku pozyskanie złomu było jednak zadaniem wtórnym – działania podjęte przez władze miały na celu oczyszczenie portów. W czerwcu 1945 roku utworzono 4 ekspozytury dla zbiórki złomu wojennego z terenów nadmorskich – w Elblągu, Gdańsku, Gdyni i Szczecinie. W ten sposób do marca 1946 roku pozyskano ponad 300 tysięcy ton surowca. Operację prowadzoną na tym terenie koordynował Andrzej Jaroszewicz (zbieżność nazwisk z ówczesnym wiceministrem MON Piotrem Jaroszewiczem jest przypadkowa). „Wydobywanie statków pełnomorskich zatopionych na płyciznach, w kanałach lub basenach portowych było po wojnie niemal chlebem codziennym w naszych portach, w których okupant wycofując się topił wiele zdatnych do żeglugi jednostek pełnomorskich. Zarówno w Szczecinie jak i w Gdyni i Gdańsku usuwanie tych wraków trwało przez parę pierwszych lat powojennych”3. Zadania te początkowo realizowano we współpracy z radzieckimi specjalistami z ekip EPRON (Ekspedycja Robót Podwodnych Specjalnego Przeznaczenia). Dzięki ich doświadczeniu i wyposażeniu jednostek eksploracyjnych możliwe było przeprowadzenie wielu skomplikowanych prac podwodnych – polskie służby ratownictwa morskiego rozpoczęły efektywną działalność dopiero pod koniec lat 40. XX wieku. „Potrzeby naszych portów i naszych wód pod względem ratownictwa morskiego były po wojnie szczególnie poważne. Porty nasze zasłane były mniejszymi i większymi wrakami. Niemieccy faszyści wycofując się z polskiego wybrzeża, celowo zatapiali statki, by w ten sposób uniemożliwić nam korzystanie z portów. Pełen wraków był port gdański, pełne wraków były Gdynia i Szczecin, nie inaczej było w małych portach – Ustce, Darłowie i Kołobrzegu. Liczne wraki znajdowały się też na Zalewie Szczecińskim oraz w Zatoce Gdańskiej. Wiele okrętów wojennych zostało na tych wodach zatopionych pociskami artylerii radzieckiej lub bombami radzieckiego lotnictwa”4. Skalę tej sytuacji podkreślają ustalenia, które zapadły w Ministerstwie Żeglugi w lutym 1946 roku – dokonano wtedy podziału zatopionych jednostek, jakie planowano wydobyć. „Na około 300 wraków, jakie znajdowały się w pasie od Mierzei Kurońskiej aż po Świnoujście, stronie polskiej przydzielono ponad 100 wraków”5. Warto podkreślić, że część jednostek wydobytych we współpracy z Rosjanami trafiła do stoczni i po remoncie służyła później pod polską banderą – m.in. „Panna Wodna”, „Diana” (dawny „Preussen”), „Barbara”, „Warta”, „Wrocław”.
1 Pismo Oddziału Zdobyczy Wojennych 1 Dywizji Piechoty do Zarządu Zdobyczy Wojennych WP z lipca 1945 roku.
2 Sprawozdanie Oddziału Zdobyczy Wojennych 1 Dywizji Piechoty z lipca 1945 roku.
3 Męclewski K.A., Ratownictwo morskie, Warszawa 1951, s. 29.
4 Ibidem, s. 39.
5 Obertyński E., Łowcy wraków, Warszawa 1977, 0020 s. 20.
materiał stanowi fragment książki "Wraki z pobojowisk. Przewodnik dla eksploratorów" Robert Kudelski, Sławomir Bogacki wydanej przez Wydawnictwo Technol
